Basiura

Byłem u Basiury. Położyli mi węgiel na niebieskim talerzu. Pytam co to? Kelner mówi, że węgiel ze Śląska. Wszyscy się patrzą, no to zjadłem. Ledwo co przełknąłem, niedobre, gorzkie. Później była zupa, w której pływał zmywak i okrawki suchego chleba. Wszystko posypane chwastami. O jak ja się męczyłem, żeby to zjeść i wyjść z twarzą. Robiłem się na przemian blady, czerwony. Męczyłem z pół godziny. Na główne danie dostałem kość mamuta. W zasadzie polizałem, smakowała jakbym lizał skałę. Deser to wilcza jagoda podana w piance cytynowej… udało mi się wyrzucić pod stół jak nikt nie patrzył. Basiura przyniósł rachunek na 1999 zł za te dania. Zapłaciłem… biorę szal i kaszkiecik na głowę… odwracam się, kelner otwiera mi drzwi a tu nagle ktoś mnie klepie po ramieniu… patrzę, a tu Basiura. Zapomniał Pan o napoju Ambrozja ze ścięgien i żył „jaka zwyczajnego” z krwią „ropuchy indyjskiej”, proszę tu wypić. Wypiłem do połowy, ale tego mój organizm nie zniósł. Basiura krzyczał i mówił, że jego upragnione opony Michelin do jego Multipli były w zasięgu ręki, a ja je mu odebrałem…

‹ back to Collection of random copypasta